Zespół Klezmafour

Oni jeszcze nie wiedzą, że będą skakać razem z nami – Wywiad z Klezmafour!

O polskim folku, szalonych trasach koncertowych, inspiracjach i planach na przyszłość z Rafałem Grządką i Wojciechem Czaplińskim z zespołu Klezmafour rozmawia Paweł Kujawiak (Pan Paweł).

Paweł Kujawiak: Wasza półka z nagrodami wygląda imponująco. Szczególnie dwie nagrody z Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Klezmerskiej w Amsterdamie robią wrażenie. Jaki jest Wasz następny cel?

Rafał Grząka: Chcielibyśmy móc zrealizować kilka zamówień kompozytorskich, pragniemy podjąć współpracę z młodymi polskimi twórcami i w tę stronę poprowadzić nasze dalsze poszukiwania muzyczne.

Wojciech Czapliński: Jak na razie skończyliśmy z konkursami, więc ciężko będzie amsterdamski sukces powtórzyć ;)

P.K.: Dzięki nagrodzie z Amsterdamu udało się Wam wyjechać na trasę koncertową do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Taka trasa dla polskiego zespołu wydaje się wielką sprawą. Jak wspominacie to wydarzenie? Co najbardziej zapadło wam w pamięć?

R.G.: Było to nietuzinkowe wydarzenie. Wspominamy przede wszystkim profesjonalną obsługę oraz entuzjazm publiczności, która reagowała na każdą, nawet najmniejszą solówkę, to czego niestety na starym kontynencie nie ma.

W.CZ.: Mi przede wszystkim cały wyjazd kojarzy się z wielkim wariactwem. Po przylocie do Ameryki okazało się m.in., że wybór środków transportu czy hoteli zależy częściowo od nas, więc przez Stany podróżowaliśmy pociągiem Amtrak, samolotem, sławnym Greyhound Busem oraz wynajętym na lotnisku samochodem, a nocowaliśmy w 5 gwiazdkowym hotelu w Chicago czy Nowym Jorku, przydrożnym motelu na wsi, a nawet w prywatnej posiadłości. Do tego część koncertów z zaplanowanej trasy była TBA („to be announced”), czyli niepotwierdzona na 100%, ale jest to w USA normalną praktyką, że planuje się więcej koncertów, niż rzeczywiście przyjdzie potem zagrać (co dla nas było bardzo zaskakujące). Ale sam pobyt w Ameryce (zarówno w Kanadzie, jak i USA) wspominam jako niesamowitą przygodę, podczas której spotkaliśmy wiele wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymujemy do dzisiaj. Amerykanie są bardzo spontaniczni. Pamiętam taką jedną imprezę (my ją byśmy nazwali domówką), na której pojawili się zupełnie obcy ludzie. Okazało się, że to normalne i że obcy może sobie przyjść i bawić się z Tobą, jak Twój stary znajomy po prostu „wpraszając się” na Twoją imprezę. Innym razem dopiero co poznani ludzie zaprosili mnie po koncercie do swojego domu, gdzie poczęstowali mnie mocnym (ich zdaniem ;) ) alkoholem. Jakże wielkie było ich zdziwienie, że piję bez grymasu na twarzy. A na proporcje polskich drinków 1/3 wódki, 2/3 soku to się za głowy łapali, że to przecież będzie za mocne! ;) Następną atrakcją tej imprezy było palenie gumy ich ciężarówką o 2:00 w nocy. Całe szczęście, że nie strzelali w powietrze ze swoich strzelb, co jak mówili, też bardzo lubią :)

P.K.: Jak wasza muzyka przyjmuje się za granicą a jak w Polsce?

R.G.: Od pewnego czasu nie odczuwamy już różnicy w odbiorze naszej muzyki w kraju, czy za granicą.

W.CZ.: Obecnie nie ma aż tak wielkiej różnicy. Kiedyś natomiast za granicą publiczność reagowała bardziej spontanicznie. Polacy też się tego na szczęście nauczyli ;)

P.K.: Jak oceniacie polską scenę folkową?

R.G.: Jest bardzo aktywna, stale powstają bardzo dobre projekty, połączenia styli, ciekawe zestawienia instrumentalne.

W.CZ.: Dużo się obecnie dzieje. Kiedyś folk był niszowy i słuchany tylko przez fanów. Dziś łączy się z wieloma stylami, docierając do mainstreamu. Ale to dobrze. Jak ktoś poprzez „fajny beat” zauważy muzykę klezmerską i się nią zainteresuje, to tylko mnie to cieszy.

P.K.: Jakiej muzyki słuchacie na co dzień?

R.G.: Każdej. Bóg wymyślił muzykę, a człowiek podzielił ją na kategorie. Uważam, że nie należy ograniczać się do jednej z wymyślonych przez człowieka szufladek.

W.CZ.: W muzyce doceniam przede wszystkim pracę artysty, dbałość o szczegóły. Jak autor muzyki przykłada się do swojej pracy, to wiem, że nie sprzedaje mi shitu i traktuje mnie poważnie. Dlatego też nie słucham disco-polo czy pop rocka, bo są to dla mnie w większości bardzo mało ambitne gatunki.

P.K.: Jak sami wyraźnie zaznaczacie źródłem i pierwszą inspiracją Waszej muzyki jest muzyka klezmerska. Skąd to się wzięło?

R.G.: Przede wszystkim z folkloru miejskiego, w którym wyrastaliśmy. Kresy wschodnie naszego kraju są bardzo mocno przesiąknięte muzyką klezmerską, często spotykamy elementy tej stylistyki w twórczości polskich kompozytorów.

W.CZ.: W młodości spotkałem się z nagraniami pierwszej ważnej grupy klezmerskiej po II Wojnie Światowej w Polsce, czyli KROKE. Zrobili na mnie ogromne wrażenie jako artyści, ale też jako ludzie (miałem okazję jako młokos zagrać z nimi jam session). Stwierdziłem, że taka muzyka bardzo mi się podoba. Wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego. Teraz po latach już wiem. Skala, na której zbudowane są klezmerskie melodie, wymusza pewne konkretne połączenia akordów. I wiele z tych połączeń generuje niesamowite i niespotykane w żadnej innej muzyce napięcia. Dlatego muzyka klezmerska potrafi być tak energetyczna.

P.K.: Nawiązujecie do wielu różnych współczesnych stylów – rap, reggae, rock, punk. Skąd pomysł na taki miks?

R.G.: Jest to wyłącznie nasz subiektywny wybór niepodyktowany potrzebą rynku, czy głębokimi przemyśleniami. Gramy to co czujemy i to co chcemy wyrazić, a jak to się będzie nazywało, czy reggae, czy pop, czy rock to już sprawa zdecydowanie drugorzędna.

W.CZ.: To nie tak, że siedliśmy w studio i stwierdziliśmy, że nie mamy jeszcze utworu w reggae. To przyszło samo, metodą prób. Ja osobiście nawet strasznie się przed tym reggae broniłem. A że kluczowe decyzje w zespole podejmujemy demokratycznie, to niewiele miałem do gadania, jako jedyny, co kręcił nosem ;)

P.K.: Jesteście absolwentami Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie. Co daje Wam profesjonalne wykształcenie?

R.G.: Przede wszystkim zawodowe podejście do pracy. Traktujemy się bardzo poważnie, przygotowujemy się do prób, bardzo długo dyskutujemy i sprawdzamy różne warianty, zanim coś trafi do publiczności.

W.CZ.: Przede wszystkim uczciwość wobec słuchacza. Staramy się dawać od siebie to, czego sami wymagamy od twórców muzyki, której lubimy słuchać. Czyli odpowiednia ilość pracy nad materiałem, dbałość o szczegóły, czy umieszczanie w utworach pewnych zabiegów technicznych, które może odczytać dopiero ktoś z wykształceniem muzycznym. Nam nie wystarcza zrobić kawałek, który „fajnie brzmi”. My lubimy na przykład w taki kawałek wpleść w akompaniamencie fragment melodii z utworu z poprzedniej płyty. Dopiero po którymś tam przesłuchaniu można takie rzeczy zauważyć. Albo w innym utworze co jakiś czas pojawia się zupełnie nowy temat (nowa melodia) i pod koniec tego utworu wszystkie te tematy nałożone są na siebie i idealnie do siebie pasują. Reasumując. Dbamy o jakość nie tylko treści muzycznej, ale także o dopracowaną formę utworu.

P.K.: Czy melodie, tematy, które wykorzystujecie, są zaczerpnięte z tradycyjnej muzyki żydowskiej czy to raczej wasza własna inwencja?

R.G.: Część jest zaczerpnięta, a część jest naszą inwencją.

W.CZ.: Nie ograniczamy się w tym względzie. Zarówno komponujemy swoje utwory od zera, jak i czerpiemy garściami z tradycji.

P.K.: Jak jeszcze inspirujecie się muzyką klezmerską?

W.CZ.: Przede wszystkim techniką gry na instrumencie. Klarnet klezmerski brzmi „po klezmersku” z konkretnego powodu. Trzeba na nim grać inaczej, niż nauczono nas w szkołach muzycznych. Są pewne zabiegi oraz techniki wykonawcze charakterystyczne dla tej muzyki i dopiero świadome ich stosowanie „rozklezmerza” nam instrument. Tak samo jest ze skrzypcami i akordeonem.

P.K.: Nawiązujecie także do muzyki bałkańskiej i arabskiej. Skąd te inspiracje?

R.G.: Bardzo podobają nam się te nurty, dlatego z nich czerpiemy.

W.CZ.: Bałkany to przede wszystkim rytmy. Jeszcze większa energia. A arabskie skale ćwierćtonowe otwierają zupełnie nowe drogi brzmieniowe. Po prostu eksperymentujemy. Jak się nam coś spodoba, to próbujemy tego w różnych konfiguracjach.

P.K.: Jak oceniacie Polski rynek muzyczny?

R.G.: Zdecydowanie najwięksi wydawcy i najbogatsi producenci kształtują Polski rynek muzyczny. Jakość sprzedawanego produktu jest sprawą drugorzędną.

W.CZ.: Jest ciekawy, ambitny i różnorodny. Nie mówię tu o mainstreamie, bo zarabiać najwięcej i tak będzie muzyka dostosowana do masowego odbiorcy. Ale chodzi mi o to, że Polacy nie mają się czego wstydzić. Minęły czasy, gdzie między muzyką rodzimą i zagraniczną jest jakościowa przepaść.

P.K.: Występowaliście w programie Must Be The Music. Jakie są plusy i minusy tego typu programów?

R.G.: Ogromnym plusem jest gigantyczna reklama, która w zasadzie jest za darmo. Dzięki niej pojawiają się liczne koncerty i ciekawe wyjazdy. Minusem jest możliwość wglądu na zaplecze produkcji telewizyjnej. Niestety liczą się tylko i wyłącznie pieniądze i możliwe zyski.

W.CZ.: Zdecydowanym plusem jest możliwość dotarcia do ogromnego odbiorcy. Pytanie tylko, jak się to wykorzysta potem? Wyobraź sobie, że jesteś słabym muzykiem, robiącym złą muzykę, czy nie potrafiącym śpiewać. Biorą Cię do programu, jako błazna, żebyś się ośmieszył przed milionami widzów (w każdej edycji przepuszczano do dalszych etapów po kilka takich osób). Niby fajnie, bo rozrywka rządzi się swoimi prawami, ale dla mnie jednak nie do końca fajnie. Fajnie i uczciwie by było, gdyby organizator podszedł do takiej osoby i powiedział „daj sobie spokój”, „nie masz talentu, nie pchaj się przed kamery”. Tam się mówi „jesteś świetny”, „no dalej, pokaż, co potrafisz” tylko po to, aby JURY zjechało takiego biedaka w programie na żywo. Jak się rozpłacze to tym lepiej, bo dramaturgia w show oznacza więcej pieniędzy. Tego nie lubię.

P.K.: Ładnych parę lat zajęło Wam przebicie się na rynku muzycznym. Jakie macie rady dla początkujących muzyków?

R.G.: Nie można się poddawać. Należy konsekwentnie realizować swoje marzenia.

W.CZ.: Nigdy, ale to przenigdy nie traktuj swojej muzyki, jako czegoś mniej wartościowego, tylko dlatego, że jeszcze nie przyszedł czas sukcesów. Wiele razy spotykałem młodych ludzi, którzy nieśmiało zagadywali, chcąc pokazać mi odrobinę swojej twórczości i niemalże od razu z miejsca jak gdyby usprawiedliwiali się, mówiąc „ale to jeszcze nie jest to takie super, jak wasza muzyka” czy „my dopiero zaczynamy karierę w tej branży”. Ludzie! Bądźcie dumni z tego, co tworzycie! Co z tego, że dopiero zaczynacie karierę i że nigdy Wasza piosenka nie leciała w radiu? Jeśli sami traktujecie swoją twórczość już na starcie jako coś mało wartościowego, to czemu ktoś inny ma w tym zobaczyć coś wyjątkowego?

P.K.: Wydaliście już dwa oficjalne albumy, 5th Element i W górę. Która z nich w waszej opinii jest lepsza? Przy której lepiej się Wam pracowało? [Zanim otrzymałem odpowiedzi, zespół wydał jeszcze jedną płytę Klezmafour Orkiestronicznie]

R.G.: Obie płyty są równie dobre, jednocześnie reprezentują zupełnie inne spojrzenie na naszą twórczość.

W.CZ.: Są to zupełnie różne płyty. Pierwsza jest bardziej akustyczna, spokojniejsza. Druga natomiast to ”folkowy wehikuł na turbodoładowaniu”. Myślę, że warto posłuchać obydwu. Praca nad tymi płytami też wyglądała inaczej. Przy pierwszej więcej było pracy nad samym materiałem, co pozwoliło nam nagrać tę płytę w dwie kilkugodzinne sesje. Przy drugiej płycie więcej było pracy produkcyjnej, dogrywania ścieżek instrumentów, chórków itp.

P.K.: Czym różni się wasza najnowsza płyta od poprzednich?

R.G.: Płyta „Klezmafour Orkiestronicznie” to przede wszystkim orkiestra symfoniczna, której walory brzmieniowe są nie do przecenienia.

W.CZ.: Najnowsza płyta „Klezmafour orkiestronicznie”, to ogrom i bogactwo brzmienia. Nasze znane z poprzednich wydawnictw utwory zyskują nowe życie. Więcej w nich barw i harmonii. Płyta brzmi jak niezły soundtrack do jakiegoś alternatywnego filmu.

P.K.: Zaczynaliście od muzyki instrumentalnej. Dlaczego na drugiej płycie zdecydowaliście się na partie wokalne?

R.G.: Bardzo chcieliśmy, aby tak się stało.

W.CZ.: Bo Andrzej (skrzypek) zagroził, że skoczy z okna, jak mu nie damy pośpiewać ;)

P.K.: Jak będzie rozwijać się Wasza muzyka? Czego byście chcieli spróbować?

R.G.: Chcielibyśmy spróbować się na nieco poważniejszej estradzie. Stąd pomysł na współprace z kompozytorami.

W.CZ.: A któż to wie? Na bank nie będziemy stali w miejscu. Chcemy, żeby nasza twórczość była świeża, a stanie w miejscu to wyklucza. Jeśli nagramy identyczną płytę, jak to, co już kiedyś zrobiliśmy, to oznaczać będzie koniec pomysłów, czyli artystyczne harakiri.

P.K.: Co jest dla Was bardziej motywujące – wydanie kolejnej płyty czy kolejny koncert?

R.G.: Zdecydowanie koncerty.

W.CZ.: Zdecydowanie koncert, bo to taki zastrzyk endorfin. Praca nad płytą to długi i żmudny proces. Pewne rzeczy rodzą się w wielkich bólach. Satysfakcja jest ogromna po nagraniu płyty, ale to dla koncertów żyjemy i tworzymy.

P.K.: Zagraliście już wiele koncertów. Czym różni się występ dla masy ludzi np. na Open’erze czy Woodstocku od koncertu w klubie? Gdzie bardziej wolicie grać?

R.G.: Każdy koncert jest inny, ale zawsze dajemy z siebie wszystko. Frekwencja publiczności nie ma żadnego znaczenia.

W.CZ.: Wiadomo, że koncert dla 50000 ludzi to ogromne przeżycie, ale jest to jednak takie trochę przeżycie bezosobowe. W klubie można przybić piątkę z widzem, wciągnąć skaczące dziewczyny na scenę. Chyba wolę jednak kameralne miejsca.

P.K.: Na koncercie w poznańskim Blue Nocie, na którym miałem przyjemność być, mieliście tyle energii, że nawet osoby starsze poderwały się z miejsc i tańczyły. Ile wy pijecie kawy? A poważniej, co jest takiego w Waszej muzyce, że bawią się przy niej różne pokolenia?

R.G.:Bardzo długo się nad tym zastanawialiśmy. Udało nam się dobrać muzyków w taki sposób, że nasze charaktery stanowią konglomerat najróżniejszych osobowości, które w połączeniu działają jak wielki wulkan energii.

W.CZ.: Energia wytworzona na koncertach udziela się także nam. To wynik relacji muzyk – słuchacz. Andrzej skutecznie buduje atmosferę od początku koncertu. Oswaja słuchacza z nami. Małymi kroczkami ośmiela do większego zaangażowania w spektakl. Najpierw zachęca do bardziej żywiołowych braw, potem prosi o pomoc w wyklaskiwaniu rytmu czy o podejście bliżej sceny. A później to się po prostu nie da usiedzieć na tyłku. Mamy w zespole takie powiedzenie: „Oni jeszcze nie wiedzą…”. Oni to publiczność. A nie wiedzą, że na koniec koncertu będą skakać razem z nami :)

P.K.: Jaki koncert wspominacie najlepiej?

R.G.: Koncert w Vancouver.

W.CZ.: Zdecydowanie w Commodore Ballroom w kanadyjskim Vancouver. Był to pierwszy nasz koncert w Ameryce północnej. Co było w nim najlepszego? Po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak się mogą przy naszej muzyce bawić ludzie. To było niesamowite! Sala wypełniona na maksa (ponad 2000 osób) i od początku do końca koncertu istne szaleństwo! To nas upewniło, że idziemy w dobrym kierunku.

P.K.: Jak dużą rolę odgrywają dla Was media społecznościowe? Czy lubicie taką formę kontaktu z fanami?

R.G.: Media społecznościowe odgrywają kluczową rolę w kontaktach między nami, są bardzo pomocne w reklamowaniu poszczególnych wydarzeń.

W.CZ.: W dzisiejszych czasach to po prostu konieczność. Duża część fanów oczekuje aktywności właśnie w tej formie. Tu nie ma co lubić czy nie lubić. Media społecznościowe to po prostu narzędzia. A im więcej ludzi o nas wie, tym przecież lepiej dla nas.

P.K.: To pytanie musi paść. Jakie są Wasze plany na przyszłość?

R.G.: Podjęcie współpracy z młodymi polskimi twórcami.

W.CZ.: Najbliższy okres to ostra promocja płyty symfonicznej.

P.K.: Gdzie można Was usłyszeć w najbliższym czasie? Gdzie można dorwać Wasze płyty?

R.G.: Nasze płyty są dostępne na stronie naszego wydawcy Karrot Kommando, w dobrych sklepach internetowych.

W.CZ.: Po długiej zimie w końcu przyszedł czas na festiwale na świeżym powietrzu, które bardzo lubię. Po szczegóły zapraszamy na nasz fanpage na facebooku ;) A płyty są dostępne u nas bezpośrednio po koncertach lub na stronie naszego wydawcy.

Paweł Kujawiak

*Fotografia z ikony wpisu autorstwa Piotra Szczepańskiego

Pełna zawartość numeru.

Reklamy

Autor

PanPaweł

Zainteresowany wszystkim, poszukujący inspiracji wszędzie. Lubi poznawać i tworzyć. Zawsze stara się zrobić lepiej, niż potrafi.

2 myśli na temat “Oni jeszcze nie wiedzą, że będą skakać razem z nami – Wywiad z Klezmafour!”

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s