Paryż odczarowany

W ostatnich tygodniach Paryż kojarzy się dosyć jednostronnie – z tragicznymi wydarzeniami fatalnego piątku trzynastego. Jego nazwa wywołuje raczej trwogę niż skojarzenia z przyjemnymi stronami europejskiej stolicy. Środowym koncertem ZAZ w ramach Ladies Jazz Festival we Wrocławiu udało się odsunąć na chwilę zły urok i na powrót zaczarować Paryż, by ukazał się takim, jakim go znamy i chcemy znać. Paryż filmowy, pocztówkowy, z dachami Montmartre’u i piosenkami Edith Piaf. Taki Paryż, którego kontury zarysowują się w wyobraźni na sam dźwięk głębokiej, kolorowej francuszczyzny, pozbawiony jednak słodkiej, lukrowanej posypki. Dosłowny, ale nie nachalny.

Wieczór rozpoczął się jak film w starym kinie – stylizowanymi na mające źródło w starym projektorze napisami początkowymi na półprzezroczystym płótnie. Za nim muzycy, w zarysie tylko widoczni na scenie niczym cienie komiksowych postaci. Oprócz nich estradę zdobiła rewelacyjna w swej prostocie scenografia: trzy minimalistyczne, białe domki, na których za pomocą znakomicie (bo z wielką precyzją, ale i dyskrecją) zastosowanych multimediów realizatorzy opowiadali równolegle do muzyki płynącą opowieść. Malowano więc urokliwe dachy Paryża, zaludniano wciąż od nowa przytulne poddasza i mansardy. Całość osnuwała panorama Paryża, jakby ujęta z któregoś z takich właśnie magicznych, wysoko położonych miejsc. Twórcy zadbali przy tym o unikanie kiczu, chociażby zamiast wielkiej wieży Eiffla wybierając dyskretnie majaczącą na horyzoncie bazylikę Sacré-Cœur. Naturalnie, przy zastosowanej konwencji nie sposób nie otrzeć się o stereotypy; autorom udało się na szczęście zachować wyłącznie te wywołujące pozytywne skojarzenia i uśmiech na twarzy.

12313988_906185876134782_166808747770862373_n
ZAZ podczas koncertu Ladies Jazz Festival 2015 [fot. Dobrochna Zalas]

Z założenia nie przepadam za koncertami uporczywie udziwnianymi warstwą wizualną – tak jakby tempo wszystkiego trzeba było dostosowywać do pędu dzisiejszego świata, jakby współczesny człowiek potrzebował do szczęścia miliarda bodźców jednocześnie. I – co najgorsze – jakby muzyka nie była wystarczająca, by poruszyć w słuchaczu wszystko na raz. Ze spektaklu „Paris” (bo właściwie był to spektakl, a nie koncert) nie oddałabym jednak ani jednego obrazka – tak nierozerwalnie złączyły się z muzyką. Doskonale przemyślany, spójny, z dobrym wyważeniem i dawkowaniem emocji i – chyba przede wszystkim – zachowaniem świetnego tempa, mógłby być wzorcem dla wielu produkcji tego rodzaju.

Strona wizualna nie była więc tylko uzupełnieniem, miłym tłem dla popisów wokalistki. Stanowiła wysokiej jakości sztukę, nieraz nawet nadrzędną wobec warstwy dźwiękowej, zawsze jednak wspaniale korespondującą z treścią lub klimatem piosenek. Animacje tym bardziej może działały na wyobraźnię, że prawdopodobnie większość wrocławian nie znała francuskiego, w którym to języku ZAZ nie tylko śpiewała swoje piosenki, ale też kilka razy zwracała się do publiczności. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość rzeszom fanów, które dzielnie wtórowały wokalistce w wyśpiewywaniu melodii (choć niekoniecznie ze zrozumieniem, a raczej typowym dla Polaków powtarzaniem tego, co im się wydaje).

Ale wszyscy przyszliśmy do wrocławskiej Hali Orbita nie dla zaspokojenia oczu, ale dla ZAZ. ZAZ, która nie zawiodła chyba żadnego z słuchaczy. ZAZ ze swoim niesamowitym głosem, głębokim aksamitem obszytym koronką z delikatnej chrypki. ZAZ kobiecą, powabną i zadziorną, potulną i przekorną, będącą uosobieniem francuskiego czaru. Oprócz wszystkich przymiotów, za które już ją uwielbialiśmy, można było doświadczyć także tego, jak autentycznie świetnie bawi się na scenie, jak wiele radości sprawiają jej własne piosenki, współpraca z muzykami i kontakt z publicznością. Mimo bariery językowej ZAZ dała się poznać jako doskonała animatorka, z powodzeniem bowiem rozruszała rozsentymentalnioną początkowo widownię.

888
ZAZ podczas koncertu Ladies Jazz Festival 2015 [fot. Dobrochna Zalas]

Ci, którzy znają ZAZ, wiedzą dobrze, że wbrew temu, co mogła zasugerować wizualna strona spektaklu, artystka bierze na warsztat nie tylko pogodne, sentymentalne obrazki z francuskiej stolicy. Podczas koncertu nie zabrakło więc i tych mocniejszych brzmień. W jednej i drugiej odsłonie solistkę doskonale wspierał siedmioosobowy zespół wirtuozów z poczuciem dobrego smaku. Muzycy (z których niejeden dał się poznać jako multiinstrumentalista) pokazali, że potrafią tworzyć nową, świetną muzykę, bazując na standardowym, delikatnie wzbogaconym elektroniką instrumentarium. Okazuje się, że Paryż można oddać nie tylko poprzez dźwięki klarnetu, skrzypiec i akordeonu, ale na przykład w postaci… pojedynku na trąbki.

Jeżeli znalazłam w koncercie jakieś minusy, to tylko dwa małe i mocno subiektywne; nie przepadam bowiem ostatnio za wysokimi wartościami decybeli i częstotliwości (których sporą dawkę serwowały te mocniejsze kawałki), ani też za uporczywym upodobaniem Polaków do klaskania na raz, dwa, trzy i cztery. Może jednak dobrze, że towarzyszył mi tego wieczoru jakiś element przyziemny, nie pozwalający tak całkiem ulecieć ponad dachy Paryża. Inaczej chyba nie wierzyłabym, że naprawdę byłam tego wieczoru w samym sercu Francji.

Magdalena Mateja

Reklamy

3 myśli na temat “Paryż odczarowany”

  1. Dziękuję za świetną recenzję! Zmobilizowała mnie do posłuchania Zaz raz jeszcze. Jak dobrze, że ten koncert się odbył!

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s