Jestem Odette Dąbrowska – wywiad

ALEKSANDRA BLIŹNIUK:  Ukończyłaś Akademię Muzyczną w klasie fortepianu. Twoje sukcesy w dziedzinie pianistyki są znaczące. Dziś możemy wysłuchać twojej autorskiej muzyki, która nie wpisuje się w ramy tzw. klasyki. Skąd pomysł na Odette?

ODETTE DĄBROWSKA:  Słowo „pomysł” chyba nie bardzo pasuje, bo sugeruje, że wymyśliłam postać Odette. Prawda jest taka, że Odette to po prostu ja. Bez kreowania niczego i nikogo. Wydaje mi się, że informacja o tym, że śpiewam, była dość szokująca dla osób z mojego środowiska, więc w ich oczach być może stałam się nową osobą, ale zaręczam – to ta sama ja! Co do nazwy Odette, jest ona niczym innym jak rozpisanym skrótem OD, który z kolei jest moim inicjałem (Ola Dąbrowska). No i Odette ma nazwisko. Jestem Odette Dąbrowska.

Opowiedz mi o swoich początkach jako piosenkarka. Jakie miałaś założenia, plany?

Założenie było jedno – ulżyć sobie. Pisanie piosenek jest moją pasją od kiedy pamiętam, ale w środowisku artystów-klasyków mogłam to traktować jedynie jako wygłupy. Pierwsza piosenka powstała, gdy miałam 7 lat. Opowiadała o nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie z pryszczem na twarzy – piosenka może mało ambitna, ale wspominam ją z wielkim sentymentem. To chyba były początki tej śpiewającej Odette. Śpiewałam najpierw dla przyjemności, a potem z potrzeby serca. Problem zaczął się wtedy, gdy uznałam, że urodziłam się po to, by śpiewać, a ja cały swój czas i energię poświęcałam na coś zupełnie innego. Czułam, że może kiedyś przy odrobinie szczęścia ktoś usłyszy mój śpiew w jednej z sal ćwiczeniowych i da zielone światło do pokazania mojej twórczości nieco szerszej publiczności, ale nie doczekałam się. Wielu znajomych w trakcie i po zakończeniu studiów zaczęło odważnie spełniać swoje zawodowe marzenia, a ja, jak ta sierota, tylko bezczynnie się temu przyglądałam i rozkładałam ręce. Potem los się do mnie uśmiechnął, burząc doszczętnie całe moje dotychczasowe życie zawodowe. Teraz mówię, że się uśmiechnął, ale rok temu byłam w ruinie. W pewnym momencie poczułam, że po coś to się stało i stwierdziłam – nie masz nic do stracenia, spróbuj szczęścia w tym, co zawsze kochałaś. I wtedy nagrałam How could you.

Czyli piosenkę, którą na swoim fanpage’u opisałaś jako najsmutniejszą na świecie. Bardzo pociągająca w Twojej twórczości jest emocjonalność, ale też brak przesady i manieryzmu. Jak czujesz się, odsłaniając na scenie różne, często intymne uczucia?

Intymność w utworach jest cudowna. Nie śpiewam przecież o niczym, co byłoby publiczności obce. Wspaniale, jeśli moje piosenki mogą znaleźć odbicie w historiach innych ludzi. Nie chcę jednak egzaltować się nadmiernie tym, o czym śpiewam. To ma być naturalne i prawdziwe, inaczej nie mogłabym tego robić.

Twoja muzyka świetnie odzwierciedla współczesne tendencje do niewpisywania się w jeden, konkretny gatunek muzyczny. Jak sama określiłabyś swoją muzykę?

Ilekroć pada to pytanie – nie wiem co odpowiedzieć. Ktoś mi ostatnio powiedział, że to jest jazz pastisz. To mi się podoba! Dla mnie bazą do tworzenia poszczególnych piosenek jest zawsze emocja. Początkowo zastanawiałam się, czy to, w jaki sposób zestawiam ze sobą piosenki jest właściwe. Słuchacze zazwyczaj lubią definiować muzykę, której słuchają, lubią też konsekwencję w charakterze muzyki. Ktoś, kto w danym momencie słucha Edith Piaf niekoniecznie będzie chciał łączyć francuską muzykę z dyskografią Feist czy Sigur Ros. Jednak postanowiłam, że stopniowo będę oswajać ludzi z kontrastami, które kocham w muzyce (w życiu też) i może z czasem zostanę przez nich zaakceptowana. Nie byłabym w stanie ograniczyć występów do samych piosenek w stylu Plastic Chase. Nigdy nie zrezygnuję z momentów refleksji, zatrzymania się, muzycznego oczyszczenia.

A w jaki sposób piszesz muzykę? Potrzebujesz specjalnej przestrzeni, czasu?

Uwielbiam pisać pod presją. Być może wzięło się to z mojej profesji zawodowej. Kiedy jest zadanie – jest też adrenalina i największa motywacja. Lubię działać na czas. Wtedy nie analizuję zbyt dużo. Po prostu wyciągam esencję z tego, co chcę przekazać i przelewam to na dźwięki. Nie umiem pisać na raty. To jest po prostu niemożliwe, bo niemożliwe jest być niezmiennie w tej samej emocji.

11695822_893243997409083_7928816480186419408_n
Odette Dąbrowska [fot. Bartosz Kołaczkowski]

Co daje Ci wykształcenie klasyczne w komponowaniu piosenek?

W samym komponowaniu niewiele. Może tyle, że jestem bardziej wrażliwa na barwę dźwięku i niektóre harmonie. Skarbem jest jednak we współpracy z innymi muzykami. W kilka chwil potrafię napisać w nutach bądź za pomocą tzw. funtów to, co przed chwilą zagrałam. W ten sposób współpraca między mną a muzykami jest szybsza i znacznie przyjemniejsza.

Jak dobrałaś sobie muzyków do współpracy? Opowiedz nam o nich.

Nie mam oficjalnego zespołu. Wszystko zaczęło się dziać na tyle szybko, że nie zdążyłam nawet stworzyć planu działania! To wymaga czasu, dlatego na razie działam spontanicznie. Spontaniczną decyzją było również nagranie Plastic Chase z Arturem Gierczakiem, Wojtkiem Królem i Samborem Dudzińskim. Współtworzymy razem projekt muzyczny autorstwa Kasi Stoparczyk. Miałam zagrać Plastica na jednym z przedstawień. Ktoś zaproponował, żeby opracować tę piosenkę na cały skład – po pięciu minutach mieliśmy wersję ostateczną. Chłopaki zrobili mi niezwykłą przysługę, godząc się jeszcze na dogranie klipu. Wszystko na wariata, ale czasami o to właśnie chodzi! Potem, przy okazji już oficjalnych, pełnowymiarowych koncertów zetknęliśmy się z problemem dostępności chłopaków, tak więc zaczęłam szukać dalej. I tak poznałam Andrzeja Solarskiego, Michała Chwałę i Wojtka Bylicę. Zagraliśmy koncert po dwóch próbach. Cud! Jak się potoczy nasza dalsza współpraca, tego nie wiem, ponieważ przebywam w Gdańsku, a chłopaki w Warszawie. Jeśli pytasz o muzyków, to nie mogę nie wspomnieć o jeszcze dwóch cudownych osobach, które są niezwykle utalentowanymi artystkami: Olga Kotelczuk-Sójko i Dobrawa Czocher. Dziewczyny pomagają mi tworzyć wyjątkowy klimat we wszystkich balladach. Rozumieją, o czym śpiewam i to słychać, gdy jesteśmy razem na scenie. Czuję, że mówimy wtedy w tym samym języku, języku prawdziwych emocji. Nie wiem jak potoczy się dalej moja muzyczna droga, ale chciałabym móc współpracować z tymi inspirującymi dziewczynami jak najdłużej. Podczas jednego z koncertów zaprosiłam do współpracy również Jana Rejnowicza. Większości osób jest on pewnie bardzo dobrze znany jako świetny pianista jazzowy. On natomiast uświetnił mój koncert grą na… akordeonie. Aktualnie Jan pełni funkcję mojego realizatora dźwięku. Przyszykowaliśmy razem już kilka nowych piosenek, które niebawem będzie można usłyszeć w sieci. Jan ma talent.

Lubisz słuchać swoich piosenek?

Wolę je śpiewać, ale prawda jest taka, że gdybym nie lubiła słuchać swojej muzyki, to oznaczałoby, że po prostu się z nią nie identyfikuję. Jest taki czas, świeżo po nagraniach studyjnych, kiedy jeszcze nie jestem oswojona z brzmieniem swojego głosu w danej piosence. Wtedy słuchanie kawałka jest dla mnie prawdziwą traumą. Ale to z reguły przechodzi.

Bardzo podoba mi się to, że w twojej twórczości muzyka nie przysłania tekstu. Skąd pomysły na warstwę słowną?

Banalnie, z życia. Początkowo skupiałam się na swoich historiach, potem zaczęłam obserwować innych. Teksty ewoluowały razem ze mną. Bardzo ważne w tej muzyce jest, jak słusznie zauważyłaś, aby muzyka nie przysłaniała tekstu, ale też tekst dobrany był w taki sposób, bym mogła go charakterystycznie wyartykułować. Wesoła część mojej twórczości w zabawny sposób opisuje to, co widzę naokoło siebie. Czasami śpiewam o sytuacjach dość trudnych, ale ubieram to w taki kontekst, który sprawia, że łatwiej można się z nimi pogodzić, a ostatecznie nawet pośmiać. Teksty bardziej refleksyjne mają prowadzić do przeżycia emocji taką, jaką jest naprawdę. Uwolnić wszystko to, co wzrusza, smuci, dołuje. Ostatnio doszłam do wniosku, że jest to cholernie nam wszystkim potrzebne. Ja sama często płaczę grając Someday, a potem czuję się o niebo lepiej.

Czyli muzyczne oczyszczenie. To pytanie musi paść! Jakiej muzyki słuchasz? Czy możesz wskazać kompozytorów, muzyków, którzy stanowią dla Ciebie inspirację?

Mam co prawda jeszcze klasyczne naleciałości, ale to nie klasyki lubię słuchać najbardziej. Jeśli miałabym wymienić kompozytorów, których chętnie słucham, to nikogo nie powinno zdziwić, że są to nazwiska kojarzone z kontrastami i ogromnym worem pomysłów muzycznych. Przykładem niech będzie Prokofiew, więcej nie trzeba. Zawsze wydawało mi się, że jestem zbyt płytka, aby docenić kunszt kompozytorski Bacha, ale wiem, że miał on ogromny wpływ na moje docieranie się z utworami i postrzeganie muzyki klasycznej w ogóle. Z muzyki rozrywkowej wymienię tych, którzy sprawili, że piszę i śpiewam: Feist i  Miss Li, reszta była dodatkiem.

Zauważam pewne podobieństwo Twojej muzyki do Feist czy Miss Li, ale bardziej na zasadzie klimatu muzyki, bo jeśli chodzi o rozwiązania muzyczne, to masz w sobie coś bardzo oryginalnego. Sam YouTube, nie wspominając o innych serwisach internetowych, jest przepełniony muzyką młodych artystów. Lubisz konkurencję?

Szczerze mówiąc, nigdy nie patrzyłam na żadnego artystę pod kątem „konkurencji”, bo kim ja jestem, żeby z kimś konkurować? Dopiero zaczynam i jedyne o czym marzę, to uczyć się od innych, a nie zastanawiać się kto jest lepszy. Lubię inspirować się młodymi, polskimi artystami. Z przyjemnością i podziwem obserwuję projekty muzyczne Brodki czy Natalii Nykiel. Życzyłabym sobie móc grać kiedyś na takim poziomie.

Możesz pochwalić się współpracą z takimi artystami jak: Katarzyna Stoparczyk, Katarzyna Stankiewicz, Wojtek Król, Sambor Dudziński, Dominika Kluźniak, Artur Gierczak oraz Małgorzata Ostrowska. Czego się od nich nauczyłaś?

Na początku chciałabym powiedzieć, że Kasia Stoparczyk jest dziennikarką, ale to, co tworzy nie może jej umieścić nigdzie indziej, jak w gronie artystów i to przez duże „A”. Każda z tych osób nauczyła mnie czegoś innego. Trudno by mi było przytoczyć wszystkie dobre rady i wskazówki, jakie od nich otrzymałam. Jednak to obserwacja ich pracy, profesjonalizmu i ogromnej pasji była dla mnie największą nauką. A przy tym są to po prostu fantastyczni ludzie.

Publiczność, która przychodzi na koncert Brodki, którą nie tak dawno supportowałaś, jest inna od tej, która przychodzi do filharmonii. Do jakiej grupy odbiorców chcesz dotrzeć?

Kolejne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Dla mnie ogromną radością i potwierdzeniem słuszności tego, co robię, jest każda buzia, która jestem w stanie dojrzeć ze sceny w czasie koncertu. A czy to będzie pan Andrzej – lat 60, czy Zosia idąca do pierwszej klasy, to naprawdę nie ma znaczenia. Ważne jest to, czy moja muzyka kogoś zaczaruje. Kwestię kogo pozostawiam z tyłu.

11705187_899229960143820_3165691378912915691_n
Odette Dąbrowska [fot. Bartosz Kołaczkowski]

Jak czułaś się po pierwszym tak dużym koncercie publicznym? 

Fe-no-me-nal-nie! Najlepsze uczucie na świecie. Tego dnia spełniłam swoje największe marzenie, upewniając się jednocześnie, że to właściwa droga.

Jesteś stosunkowo nową artystką na scenie popularnej. Jak wygląda promocja twojej muzyki, np. organizowanie koncertów?

To, co powiem, może zdziwić, ale nie robię nic. Jak już mówiłam, wszystko dzieje się tak szybko, że nie byłam w stanie opracować żadnej sensownej strategii. Muszę przyznać, że szczęście mam jak co najmniej ten z przysłowia, a support Brodki spadł mi z sufitu bez żadnych wcześniejszych starań. Zdaję sobie sprawę, że dobra passa kiedyś się skończy i będę musiała pomyśleć o dalszym działaniu. Może menadżer? Mam znajomych, którzy świetnie sobie radzą w branży muzycznej, ale wiem też, ile pracy wkładają w to, by ich muzyka dotarła do wszystkich wpływowych par uszu. I mnie to pewnie czeka… A nie! Chwila, przecież założyłam fanpage’a i kanał na YouTube.

Dla fanów czekających na Twój kolejny koncert pozostaje słuchanie na SoundCloud dwóch piosenek: Plastic Chase oraz How colud you. Pierwsza, chyba najbardziej popularna, wspaniale przybliża drapieżność Twojego głosu oraz jazzową wrażliwość, natomiast druga urzeka swoim nostalgiczno-sennym charakterem. Która z piosenek jest bliższa twojej naturze?

Żeby odpowiedzieć, musiałabym chyba zrobić wyliczankę. Obie są dla mnie równie ważne i obie są odzwierciedleniem tego kim jestem. Nie potrafię wybrać.

Jakie są Twoje muzyczne plany? Kiedy i gdzie (i czy w Poznaniu?) odbędą się najbliższe koncerty? Czy ukażą się nowe klipy, piosenki na SoundCloud, a może płyta?

Plany muzyczne rodzą się z dnia na dzień. Bardzo oddalam od siebie wizję postrzegania tego, co robię, w kategoriach szczegółowo zaplanowanego biznesplanu. Marzę, by móc to robić zawsze z dystansem i życzę sobie nigdy nie znaleźć się w sidłach brutalnego muzycznego marketingu. Zaplanowanych koncertów mam dosłownie kilka. Nie ukrywam, że cudownie byłoby móc grać częściej i więcej, ale wystarczy, że wrócę do twojego pytania o sposoby promocji mojej twórczości i już mam odpowiedź. W Poznaniu nie grałam, ale z ogromną przyjemnością przyjadę! Mamy gotowy, nagrany materiał trzech kolejnych piosenek. Od wczoraj można wysłuchać najnowszej piosenki pt. DOLL. Później pojawią się nowe. Więcej nie powiem!

Czekam z niecierpliwością na kolejne piosenki i życzę Ci spełnienia wszystkich planów i marzeń! Dziękuję Ci za rozmowę!


Spis treści 9 numeru Podsłuchaj

Reklamy

Autor

Aleksandra Bliźniuk

Absolwentka szkoły muzycznej II stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gdańsku w klasie fortepianu. Absolwentka muzykologii poznańskiej. Interesuje się muzyką polską XX wieku oraz zagadnieniami z zakresu estetyki i socjologii muzyki.

3 myśli na temat “Jestem Odette Dąbrowska – wywiad”

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s