Nie tak straszne dysonanse – po(d)słuchajmy razem współczechy!

Nie tak straszne dysonanse to cykl artykułów dotyczących polskiej muzyki XX wieku, ze szczególnym naciskiem na jego II połowę. Cykl ten ma na celu pełniejsze przybliżenie i ukazanie zróżnicowania rodzimej twórczości tego okresu. W poszczególnych artykułach omówię główne nurty i techniki powstałe we współczesności oraz sylwetki najważniejszych kompozytorów tego okresu. Spróbuję także odpowiedzieć na pytania: jak słuchać muzyki XX wieku oraz czy w ogóle warto to robić?

W tym artykule przedstawię Państwu problem recepcji muzyki XX wieku. Jakie wydarzenia historyczne miały wpływ na twórczość polskich kompozytorów? Jak słuchać muzyki awangardowej? Czy istnieje szansa na upowszechnienie muzyki XX wieku?

Recepcja dzieła muzycznego jest pojęciem szerokim. Barbara Literska w najnowszej monografii dotyczącej Tadeusza Bairda podaje definicję:

Recepcja jest wypadkową wielu rodzajów interakcji dzieła z czynnikami natury estetycznej, historycznomuzycznej i społecznej, przy czym utwór muzyczny jest elementem stałym, historycznie niezmiennym, a czynnikami oddziałującymi są zmieniający się słuchacze i wykonawcy.[1]

Na obraz recepcji polskiej muzyki XX wieku ogromny wpływ miały wydarzenia historyczne: obie wojny światowe oraz okres PRL-u. Szczególnie tragiczna w skutkach była II wojna światowa, podczas której spłonęły Filharmonia Warszawska i Teatr Wielki wraz ze zbiorami muzycznymi. Część polskich kompozytorów przebywających podczas wojny za granicami kraju już do niego nie powróciła, rozpraszając się po świecie (m.in. Szymon Laks, Jerzy Fitelberg, Antoni Szałowski, Michał Spisak czy Aleksander Tansman). Podczas wojny przepadł dorobek wielu kompozytorów, m.in Stefana Kisielewskiego, Witolda Lutosławskiego, Romana Palestra czy Andrzeja Panufnika, przez co po wojnie musieli po raz drugi mieć swój kompozytorski debiut. Wojna nie oszczędziła również życia – zginęli Ignacy Jan Paderewski, Roman Podlewski i Józef Koffler.

W okresie PRL-u, muzyka tak jak każda forma sztuki kontrolowana była przez państwo. Musiała cechować się prostotą, aby była powszechna i dostępna dla każdego, czyli tzw. masowego odbiorcy. Pół biedy, jeśli taki odbiorca spotykał się z pieśniami masowymi – te ze swoim łopatologicznym przekazem i ubogimi środkami muzycznymi były proste dla każdego. Gorzej, jeśli taki człowiek spotykał się z utworami neoklasycznymi czy wywodzącymi się z tradycji późnego romantyzmu. Takich utwory pisali np. Lutosławski, Panufnik czy Baird (którzy nota bene tworzyli również pieśni masowe). Masowy słuchacz niejednokrotnie pierwszy raz miał możliwość wysłuchania muzyki innej niż ludowa. Nie rozumiał jej, gdyż taka konwencja była mu obca. Trudno się temu dziwić, ponieważ zaległości w upowszechnianiu kultury muzycznej były ogromne – nie tylko wojenne, ale nawet przedwojenne czy jeszcze XIX wieczne. PRL ze swoją ideą demokratyczności kultury i sztucznym tworem masowego słuchacza trafił jak kulą w płot. Utwory masowe były zbyt prymitywne dla odbiorcy przygotowanego muzycznie, natomiast utwory ambitniejsze były zbyt trudne percepcyjnie dla przeciętnego Polaka.

Muzyka, która wówczas powstawała podlegała ścisłym normom, które ustalali ludzie powołani przez państwo. Utwory, które nie odpowiadały im uznawano za formalistyczne i nie dopuszczano ich do obiegu, natomiast te pisane pod dyktando urzędników zyskiwały sławę. Artyści, którzy jak możemy się domyślić nie byli zadowoleni z tego faktu, stawali przed życiowym wyborem: poddać się tym normom, schować dumę do kieszeni i żyć bezpiecznie; głośno sprzeciwić się temu terrorowi i narazić się na niebezpieczeństwo; lub lawirować między przepisami i sprytnie wplatać w swoje pozornie grzeczne utwory to, co naprawdę chcieli wyrazić.  Ostatnia opcja była najczęściej wybierana, jednak byli kompozytorzy, którzy nie byli w stanie iść na żadne ustępstwa. Wówczas najczęściej emigrowali, a ich dorobek – przynajmniej w Polsce, skrupulatnie zostawał wymazywany. Taki los spotkał m.in. Andrzeja Panufnika, który po ucieczce do Londynu został w swoim państwie zapomniany na ćwierć wieku.

 


 

Październik 1956 jest datą znaczącą dla polskich kompozytorów. Odwilż jaka zapanowała wówczas także w sferze kultury, była bodźcem dla kompozytorów do tworzenia utworów w dowolnych technikach i stylach muzycznych. Wyłoniła się czołówka kompozytorów nastawionych na współczesne techniki. Należeli do niej: Kazimierz Serocki, Tadeusz Baird, Włodzimierz Kotoński, Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Penderecki, Witold Lutosławski i Bolesław Szabelski.[2] Początkowo kompozytorzy zafascynowali się twórczością Szkoły Wiedeńskiej i techniką dodekafonii oraz serialną. Naczelną ideą dodekafonii, czyli techniki dwunastu dźwięków jest brak centrum tonalnego dzięki równouprawnieniu wszystkich 12 dźwięków oktawy. Wiązało się to z ostatecznym odejściem od systemu dur-moll. Serializm, który poszedł o krok dalej, polega na totalnym uporządkowaniu wszelkich elementów dzieła muzycznego – nie tylko klas wysokości dźwięków. Później, w latach 60. kompozytorzy polscy stworzyli własny język muzyczny – sonorystykę. W książce Muzyka Polski Ludowej Józef Chomiński określił ją jako technikę czysto brzmieniową, której główną cechą jest wysunięcie na plan pierwszy jako głównego środka ekspresji, tym samym jako czynnika konstrukcyjnego, wartości czysto brzmieniowych.[3]

5b379f8938___Warszawska_Jesie_______10_21.X
Książka programowa Warszawskiej Jesieni z 1956 roku. Projekt okładki Stefan Małecki. Źródło: http://www.warszawska-jesien.art.pl/wj2012/gallery/950473202

Dodekafonia, sonorystyka oraz późniejsze awangardowe nurty i techniki całkowicie zerwały z tradycją muzyczną. Awangarda rezygnuje z języka muzycznego tonalnego, więc wymaga większego wysiłku poznawczego od słuchacza, niż muzyka tonalna, która odwołuje się do naszych naturalnych preferencji. Taka twórczość w obiorze jest bardzo trudna. Aby zrozumieć muzykę awangardową nie wystarczy sama wrażliwość, ani nawet teoretyczna wiedza o różnych technikach kompozytorskich. Potrzebna jest również świadomość właściwej platformy recepcyjnej.[4] Krzysztos Szwajgier w artykule dotyczącym recepcji muzyki awangardowej trafnie nazwał postawę, która jest najwłaściwsza dla odbiorcy tej twórczości: odkrywca entuzjasta poszerzających się środków.[5] Co to właściwie znaczy? Odbiorca tej muzyki w odróżnieniu od odbiorcy muzyki wcześniejszych epok, nie może słuchać jej czysto emocjonalnie. Muzyka awangardowa wymaga intelektualnego objęcia, wymaga większej wiedzy. Właśnie przez to, że jest niezrozumiała i nie nawiązuje do naszych wcześniejszych doświadczeń muzycznych, często odrzucana jest przy pierwszym odsłuchu. Aby w pełni cieszyć się tą muzyką często trzeba wiedzieć JAK kompozytor tworzył utwór, ponieważ proces komponowania jest często ważniejszy niż sam utwór. Wiedza w przypadku tej muzyki jest niezbędnym elementem poprawnej recepcji.[6] Ponadto muzyka awangardowa wymaga specjalistycznie wykształconych wykonawców oraz specjalnych warunków wykonania. W Polsce bardzo trudno o to. Po pierwsze, nie mamy jeszcze tradycji praktyki wykonawczej muzyki współczesnej, a przez to istnieje bardzo mało zespołów wykonujących repertuar XX i XXI wieku. Po drugie, brakuje na tę sferę sztuki finansów. Mimo kilku festiwali, na których wykonywana jest ta muzyka, wciąż brak prężnego upowszechniania jej. Aby to się zmieniło potrzeba zarówno zmian w programach nauczania na wszystkich poziomach edukacji, atrakcyjnej reklamy tej muzyki, odpowiednio wyszkolonych wykonawców oraz finansów. Brzmi abstrakcyjnie? Od czegoś trzeba zacząć, więc w kolejnych artykułach postaram się przybliżyć Państwu nurty i techniki XX wieku. Mam nadzieję, że wiedza o nich pozwoli Państwu docenić lub chociaż zrozumieć twórczość rodzimych kompozytorów minionego wieku. Jest tego warta!

 Aleksandra


 

[1] B. Literska, Tadeusz Baird. Kompozytor, dzieło, recepcja., Zielona Góra 2012, s. 387.

[2] K. Baculewski, Historia muzyki polskiej, t. VII. Współczesność. Cz. I. 1939-1974, Warszawa 1996, s. 66-70.

[3] J. Chomiński, Muzyka Polski Ludowej, Warszawa 1968, s.127.

[4] K. Szwajgier, Chimera recepcji muzycznej, w: M. Tomaszewski (red.) Muzyka Krzysztofa Pendereckiego. Poetyka i recepcja. Studia, eseje i materiały, Kraków 1996, s. 127.

[5] Ibidem, s. 129.

[6] Zapewne dlatego tak wiele osób odrzuca ten rodzaj muzyki – wynika to najczęściej z braku odpowiedniego przygotowania lub ignorancji, czego efektem jest m.in strona Beka z muzyki współczesnej.

Advertisements

Autor

Aleksandra Bliźniuk

Absolwentka szkoły muzycznej II stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gdańsku w klasie fortepianu. Absolwentka muzykologii poznańskiej. Interesuje się muzyką polską XX wieku oraz zagadnieniami z zakresu estetyki i socjologii muzyki.

4 myśli na temat “Nie tak straszne dysonanse – po(d)słuchajmy razem współczechy!”

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s