Do koryta

Po skromnych, acz smacznych przekąskach przyszedł czas na kawał porządnego, staropolskiego jedzonka, a jeśli o „kawałach” mowa to najlepiej smakują te świńskie. Niesamowite przysmaki można uzyskać z tego jakże (s)prośnego mięsa, zaczynając od szynki a kończąc na większości nieznanych ozorkach wieprzowych! Nie dziw, iż właśnie świnia – zwierzę według niektórych najbardziej nieczyste, a zarazem najchętniej spożywane przez większość – stała się tematem przewodnim niejednej piosenki. Niech szanowni czytelnicy ostrzą apetyt, trzymając w jednej dłoni nóż, a w drugiej widelec. Zalecane również by śliniaczek na szyi przewiązać zgodnie z wszelkimi zasadami savoir vivre’u. Nie pozostaje nic innego jak przejść do czynów, wżerać się w słowa i dźwięki, choć właściwszy może byłby zwrot mało ekskluzywny, nawołujący do wgryzania się w owe „świńskie” kawałki – do koryta.

Czas wrzucić pierwszą świnię na ruszt, mianowicie niech ową świnią będzie utwór polskiego rockowego zespołu Latające Pięści, Meat Me At The Love Parade. Warstwa tekstowa tejże piosenki ogranicza się tylko do jednego nieskomplikowanego a zarazem zacnego zdania, powtarzanego wielokrotnie: „Uwielbiam żreć tłuste, martwe świnie”. W zakończeniu frazy owo namiętne wyznanie ulega rozszerzeniu o kolejny przymiotnik – „grube”, który podkreśla jeszcze bardziej mogące budzić wstręt i kontrowersje uwielbienie do jedzenia mięsa, bo wszyscy tak bardzo kochamy zwierzęta, że ich nie jemy, czasem tylko jakiś podstępny kawałek szynki przypadkiem znajdzie się w kanapce (koniecznie z majonezem). Warstwa muzyczna nie jest zbyt zróżnicowana. Przede wszystkim została „spasiona” natarczywym rytmem, za który jest odpowiedzialny „mechaniczny” bas, którego dokładność dorównuje metronomowi. Jednakże za artystyczny (nie)smak odpowiedzialne są efekty dźwiękowe w postaci odgłosów chrumkania oraz kwiczenia świń. Wokalista nie pozostaje dłużny na świńskie „zaczepki” pod koniec trwania utworu, czego dowodem jest intonacja jego głosu imitująca (przedrzeźniająca) dźwięki pochodzące wprost z obory. Dopełnienie treści muzycznej stanowi teledysk, który swoją drogą wygląda bardzo profesjonalnie. Początkowe kadry przedstawiają niezbyt wybrednego konsumenta spożywającego kawałek świńskiego mięsa, który poddaje się relaksowi siedząc wygodnie w fotelu i oglądając program telewizyjny nadający prosto z rzeźni, aż ślinka, a właściwie krew z ust cieknie. Następnie owy program za szklanym ekranem staje się pierwszym planem, w którym przeważa „patriotyczna” czerwień (nie tylko pod postacią krwi na kafelkach) oraz zzieleniała biel. Sztampowe wyobrażenie rzeźni przełamuje taniec z gołym brzuchem rzeźnika czy kobiet posiadających wyłącznie dolną część bielizny. Kluczem do zrozumienia przekazu jest pojęcie parodii oraz groteski, bo może tkwi jakieś większe niż się przypuszcza ziarnko prawdy w tym, że „jesteś tym co jesz”.

Świnia po raz drugi, czyli Świnia Katarzyny Groniec. Tym razem świnia, „tłusty knur” zostały utożsamione z mężczyzną niegodnym, nieumiejącym zahamować swoich popędów seksualnych oraz niewiernym kobiecie, dla której coś znaczy. Tekst utworu jest niezwykle zjadliwy, kąśliwy oraz wredny, o czym świadczy już pierwsza zwrotka przepełniona nienawiścią zranionej do mężczyzny:

Większej świni od Ciebie nie znajdziesz pośród świń,
siedzisz w gnoju aż po ryj, w nim twoje ścierwo będzie gnić,
a kości zeżrą dzikie psy.

W dalszych wersach wcale nie lepiej opisywana jest postać mężczyzny, którego „natura wzywa”, a on zwiewnie poddaje się jej bo ze swoją prawdziwą (świńską) naturą walczyć niełatwo. Stąd zaspokojenie swoich potrzeb wydaje się ważniejsze niż lojalność wobec kobiety prawdopodobnie niekochanej, ewentualnie tolerowanej, gdy nie ma jej w zasięgu kilku metrów, czyli abonent chwilowo niedostępny. Niepohamowana złość uzasadnienie swoje znajduje w (na)dętej instrumentacji, przypisanej jednemu naburmuszonemu motywowi, w końcu zdrada nie tylko boli, czasem to tylko tak mała drobnostka jak najmniejszy koniec świata, takiego kwiata pół (i pół) świata. Wokalistka nie tylko śpiewa, przede wszystkim czuje, co przekłada się na odpowiednią intonację. Fragmenty melorecytacji tekstu są przepełnione irytacją oraz pogardą (pierwszy wers pierwszej zwrotki), również wykrzyknienie na słowie „czezł” powtórzone trzykrotnie, co ewidentnie ukazuje piosenkarkę pałającą (nie)boskim gniewem.

Podkładanie świń to mało wyszukany sposób na zadanie komuś bólu, podczas gdy koryto jedno, a chlew pęka w szwach od ich ilości.

Odpieraniem ataków, iż „Facet to świnia” zajął się zespół Big Cyc w utworze zatytułowanym po prostu Każdy facet to świnia. Są tutaj przedstawione dwa stanowiska wobec tej kwestii. Pierwsze z nich jest mówione ustami kobiety, która narzeka, gdera i jest niezadowolona ze swojego partnera. Mowa o tym w każdej strofie. Natomiast drugie stanowisko w opozycji do pierwszego wyraża mężczyzna, znudzony nieustannie powtarzanym tekstem w refrenie, iż „facet to świnia”, stwierdzając w zakończeniu z każdej ze strof, iż:

To nie jest miłość, lecz ja kocham Cię
Nie jestem świnią, choć ty tego chcesz.

On się stara, ona nie dostrzega, bo pewnie niewidoma. Jedyne co można dostrzec to prostą, opartą na jednym motywie melodycznym piosenkę, która niekoniecznie ma być na serio traktowana. Strofy jak i refreny są oparte na jednym repetowanym motywie, podobnie frazy, co sprzyja zjawisku „łatwego wpadania w uszy”, nawet te, które przez słonia zdeptane. Skomplikowanych harmonii na próżno szukać, bo nie wypada w takim przypadku. Powtarzanie tych samych struktur muzycznych może wydać się monotonne, jednak jest równoważone przez rockowe instrumentarium – klawisze (brzmiące nieco „dyskotekowo”), „żabia” perkusja oraz patetyczny bas.

Wyzbytą metafor świnię przedstawił polski raper Liroy w utworze Kiedyś przyjdzie taki dzień. Mianowicie bez żadnych „przykrywek”, Liroy pokazuje bez skrępowania świnię w swoim teledysku taką jaka jest naprawdę, czyli nogi, tułów oraz głowę z szyją. Mimo, że sam teledysk budzi ogromny niesmak „motyw” świni nieustannie się tutaj przewija jako zwierzę najlepiej pasujące do wiejskich przestrzeni. Świnia przytulana przez rapera, świnia idzie do obory, świnia na świni robi „miłość” – oto obrazy w jakie wpisane jest zwierzę, zamieszczone w ciąg innych wulgarnych scen, widocznych tu:

By odczarować złą sławę świni i pokazać, że świnia to też zwierzę należy posłuchać chóru Czejanda i ich uroczej powojennej piosenki Świnki trzy, pozbawionej politycznych podtekstów, co pozwoliło chórowi oprzeć się stalinowskiej propagandzie. Jest to lekki i przyjemny utwór wywołujący uśmiech na twarzy opowiadający o „polowaniu” wilka na świnki. Warto zauważyć, iż w tekście nie ma świń, są jedynie świnki. Takie zdrobnienie dodaje uroku zwierzętom, które 60 lat później staną się wyłącznie symbolem niemoralności, nieprzyzwoitości i brudu, gdyż każda epoka ma takie świnie na jakie zasługuje. Wdzięku kompozycji dostarcza samo nagranie, które jest „zanieczyszczone” szumami i szmerami oraz figlarna partia fortepianu przy której wybrzmiewa w radosnym uniesieniu dźwiękonaśladowcze „tralala” oraz „kwakwakwa”.

Gruszką się można podzielić, kawą, papierosami i pomarańczami poczęstować, jednak kiedy chodzi o świnię mówi się stanowcze „nie bo nie”, czego wyraz swój znajduje w refrenie (dokładnie chodzi o wers „nie dzielę się jedzeniem”) tej oto „pasztetowej” piosenki:

Kiedy widelec zjada łyżkę, a nóż dźga twarz odbitą w powierzchni talerza, znaczy to, że obiad jest skończony.1

Kolokwialnie mówiąc można powiedzieć, że jesteś właśnie nażarty nie na żarty.

Adrian Matuszak


Marilyn Manson i Neil Strauss Trudna droga z piekła, Wydawnictwo Karga, 2000

Advertisements

Jedna myśl na temat “Do koryta”

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s