Użyj mnie dobrze, zrobię (zagram) Ci dobrze

Możesz na mnie grać, nawet gdy omskną Ci się się niezdarne, spocone palce, wbijając się niczym gwoździe w trumnę. Pozwolę nawet położyć się Tobie na moim drewnianym grzbiecie, a czasem osłonię przed wścibskimi oczami, gdy będziesz przy mnie bez ubrań. Tylko traktuj mnie dobrze i nie obgryzaj przy mnie paznokci. Ja jestem tylko twoim instrumentem – fortepianem/paninem.

Życie piania jest ciężkie, zwłaszcza kiedy jest się niemałym ciężarem dla innych. Mimo, że nie ważę już w granicach 17000-18000 kg jak moi przodkowie, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, to jednak nadal pozostawiam niemały trud w transportowaniu mnie ze sklepu do domu, gdzie będę (nie) zawsze dobrze używany. Syzyfowy trud udźwignięcia mojego ciężaru został przedstawiony przez młodego piosenkarza Bruno Marsa w teledysku do utworu Grenade. Jestem tam holowany sznurem po ulicy niczym równoprawny pojazd, z tym, że ja nie warczę i nie zanieczyszczam powietrza, jestem produktem ekologicznym. Początkowy wers, gdzie Mars śpiewa „Easy come, easy go” („łatwo przyszło, łatwo poszło”) bardziej mylny być nie może, gdyż jego ból wybrzmiewa w forte w najmniej przyjemnym „śpiewopisku” podczas refrenu. Ja natomiast w piano – jestem ciągnięty i rozstrajam się słuchając, a także widząc nabrzmiałe żyły na szyi, niczym moje struny napięte do granic cierpliwości. W utworze eksponowana jest przede wszystkim warstwa rytmiczna (perkusja, gitara i kilka innych „nienaturalnych” zagęstników brzmienia), utrzymana w metrum dwudzielnym (4/4), przez co występuję w epizodach lub dubluję prawie bezgłośnie ową warstwę. Nie tylko mój ciężar, ale również niespełniona miłość zaciążyła na losie moim oraz wokalisty, grającego w ostatniej scenie w oczekiwaniu na katastrofę kolejową, która zamieni mnie w stos drzazg, co bez wątpienia powstrzyma go od dalszego, skromnego użytkowania. A starałem się nie grać na nerwach…

Nieco więcej krzepy i gracji ma w sobie Francuz Mathieu Boogaerts, który nie ciągnie mnie za sznur jak psa smyczą, lecz delikatnie chwyta za mój lewy bok (to może być tłumaczone jako biodro) powodując apetyczne wypieki na moich „policzkach”. Sprawia mi przyjemność swoją subtelnością do tego stopnia, że przesuwam się sam dotrzymując mu kroku. Podobnie jak wcześniej, nie pełnię roli wiodącej w utworze, lecz barwię powtarzany motyw w zwrotkach zaledwie dwoma dźwiękami. Nieco większa rola przypada mi w zakończeniu fraz, gdzie dopuszcza się niewielki ruch sekundowy oscylujący wokół czterech dźwięków. Równouprawnienie z pozostałymi instrumentami uzyskuję dopiero w ostatnich sekundach utworu, tworząc zwrot kadencyjny oparty na wcześniejszym materiale dźwiękowym. Boogaerst postawił na mój wygląd, a nie na mój system równomiernie temperowany, który jest w stanie zastąpić pozostałe, oszczędne w kolorystyce brzmienia instrumentarium. Przybrał mnie liśćmi, bym ładnie się prezentował, a sam nicpoń zbliżył się do mnie bez ubrań. Z ubraniami czy bez, cały akt tworzenia Avant que je m’ennuie zostaje między nami i nic nikomu do tego. Partia wokalisty jest powściągliwa, bez przetrzymywania dźwięków czy niegasnących melizmatów, eksponująca „szeleszczącą” francuszczyznę, wprawiającą moje struny, bite młoteczkiem, w gęsią skórkę drgań.

Lubię kiedy ktoś mnie dotyka, bo wtedy mogę zabrać głos, jednak zły dotyk może boleć przez całe moje drewniane życie. Obraz tego, jak można mnie sponiewierać, bezbłędnie przedstawiła Lady Gaga w swoim live wykonaniu utworu You and I. Utwór, którego partia fortepianu opiera się przede wszystkim na dwóch akordach tonacji A-dur – toniki oraz dominanty dolnej, nie pozwala mi ujawnić całego potencjału, a przecież rozpiętość mam na 7 i ¼ oktawy, co daje 88 klawiszy możliwości. Nieustanne powtarzanie jednego dźwięku (a) w lewej ręce nie godzi w moje kompetencje, jednakże nie miałbym nic przeciwko bardziej rozbudowanej fakturze. Prawdziwa lawina wielodźwięków przychodzi wraz z kulminacją po refrenie, następującym po drugiej zwrotce. Można tutaj  mówić o awangardowym podejściu do sposobu wydobycia dźwięku, mianowicie białym kozakiem wokalistka kopie w moją klawiaturę (zapominając, że pedały są troszkę niżej), w iście bestialski sposób rozładowując swoje emocje, jednocześnie agresywnie waląc (dosłownie) palcami nieustannie w te same dźwięki. Może na mnie artykułować dźwięki oraz zwiększać dynamikę w jakikolwiek sposób chce, dopóki nie rozszarpie mnie na drzazgi – jestem w końcu tylko instrumentem, wolno mi się psuć. Nie tylko służę do grania, Lady Gaga odkryła moją nową funkcję wcześniej mi nieznaną. Mogę także być kawałkiem ładnej, białej deski z drewna, której ciepło oddaje ciało wokalistki, leżące na nieco niej. Takie okazywanie uczuć pójdzie na marne, a zimne nadal pozostanie zimnym i brudnym od butów wokalistki.

Prawdziwą rozkosz dopiero dają mi dłonie Horowitza. Bo oddać się w dobre ręce to w jego ręce. To przy nim spełniam się jako fortepian, jako instrument służący do gry. To on potrafi dobrze mnie użyć i wie jak dobrze sprawić, że moje klawisze miękną pod wpływem dotyku jego palców. Zamiast słów, niech wszyscy zobaczą jak to się powinno robić z fortepianem:

Można mnie używać na wiele sposobów, jednak ja najbardziej lubię być grany. Jak dobrze więc mną się posługiwać? Można więc nieskromnie rzec: użyj mnie dobrze, zrobię (zagram) Ci dobrze. Nie zapominaj, że jestem instrumentem muzycznym, a Ty nadal tylko człowiekiem.

Adrian Matuszak

Reklamy

Jedna myśl na temat “Użyj mnie dobrze, zrobię (zagram) Ci dobrze”

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s