Cekiny na wagę złota

Niczym dzieci na święta Bożego Narodzenia, tak każdego roku ludzkość naiwnie czeka wstrzymując oddech na ten jeden szczególny dzień ziszczenia wszystkich apokaliptycznych teorii globalnej zagłady. W ciągu ostatnich kilkunastu lat mieliśmy szczęście przeżyć kilka końców świata. Jeden z licznych był przepowiedziany na wrzesień 1999 roku, kiedy to ziemię miały nawiedzić wszystkie możliwe kataklizmy, kolejny wypadł w 2000 roku, a zniszczyć świat miała III wojna światowa. Natomiast jeszcze inny koniec miał nastąpić 21 maja 2011 roku, gdyż według pewnej amerykańskiej, religijnej radiostacji tego dnia w skromnych progach ziemi miał „witać” się z nami Jezus Chrystus. Podobne nadzieje wiązano z rokiem 2013, jednak nie do końca są to niespełnione przepowiednie. Rekompensatą braku klęsk żywiołowych stały się klęski na innym, równie ekstremalnym polu muzyki popularnej.

Świat na głowie po raz pierwszy stanął pierwszego października. Tegoż dnia w popularnym serwisie internetowym został opublikowany nowy teledysk amerykańskiej i upadłej „popstar” Britney Spears zatytułowany Work Bitch. Tym razem Britney zrezygnowała z półśrodków i korzystając z broni masowego rażenia, dała światu to, co na pozór najlepsze: „hot body, bugatti, maseratti i lamborghini”. Aby stworzyć tekst godzien księżniczki popu – jedna głowa to mało (a szczególnie kiedy ta głowa należy do Britney Spears), dlatego warto wykorzystać do tego jeszcze pięć innych. Tekst ma budowę mozaikową, składa się z wielu części – zwrotek przeplatanych wersami, które zawierają pytania retoryczne dotyczące insygniów naszego pożądania, czyli pięknych samochodów oraz mitologicznie pięknych ciał.

You want a hot body?
You want a bugatti?
You want a maseratti?
You better work bitch

You want a lamborghini?
Sip martinis?
Look hot in a bikini?
You better work bitch1

Szereg pytań, po których następuje puenta „You better work bitch”, stanowią motywację do ciężkiej pracy dla osób chcących posiadać wszystko to, co ma wokalistka (w myśl pozytywistycznego hasła „praca u podstaw”).

Z każdą nową płytą piosenkarki pojawia się ta sama, złudna obietnica, iż usłyszymy jak naprawdę śpiewa Britney. Jednak czyż to nie jej (nie)własny, „komputerowy” głos urzeka od lat uszy wiernych fanów? Tym razem wokalistka postanowiła całą swoją nową twórczość skomputeryzować, stawiając na elektroniczne brzmienie. Work bitch opiera się na jednym motywie, powtarzanym z niewielkimi zmianami niemalże nieustannie przez cały przebieg utworu. Tempo piosenki jest dość jednostajne, jednak zdarzają się momenty, kiedy następuje przyśpieszenie dążące do pozornej kulminacji, gdyż ona nie nadchodzi, a w zamian pojawia się znów początkowy motyw. Zarówno muzycznie, jak i wizualnie Britney zawodzi. Mimo iż stara się zadowolić słuchacza swoją uwodzicielską artykulacją, a widza kilkoma ruchami głową, wyginaniem ciała oraz widokiem pustynnego krajobrazu, to jednak jej gwiazda gaśnie wraz ze śnieżnobiałym uśmiechem.

Nadzieja na to, że Britney w końcu stworzy coś co będzie godne uwagi, nie umiera. Skoro Polacy potrafili odbudować Warszawę po II wojnie światowej, to może koleżanka Britney weźmie z nich przykład. Niech więc słucha i bierze się „do roboty”:

To co miało nastąpić siedem dni później przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich istot żyjących, bowiem niczym popołudniowe słońce rażące dawką promieniowania – blaskiem cekinów pogrążyła wzrok w mroku, niestety uszy dalej słyszą. Ósmy października przejdzie na zawsze do historii muzyki rozrywkowej z powodu Paris Hilton i jej Good Time. To dość egoistyczne, iż tytułowy „dobry czas” tyczy się tylko piosenkarki, gdyż z chwilą pojawienia się utworu nadszedł nienajlepszy okres dla słuchaczy.

Warstwa tekstowa jest silnie przesiąknięta osobowością Paris, stąd nietrudno zauważyć, iż mimo innych „songwriterów”, to właśnie jej „wysiłek” w procesie pisania odcisnął piętno największe. Tekst ma budowę klamrową – rozpoczyna i kończy się formułą, która stanowi jednocześnie refren, pojawiający się trzykrotnie i oplatający dwie, dość rozbudowane zwrotki. Nie każdy tekst piosenki musi mieć głębszy lub jakikolwiek sens, jednak wypadałoby może pokusić się o stosowanie większej ilości synonimów, gdyż w tym przypadku wszystko kończy się i zaczyna na hiltonowskim „party”. Niedaleka droga już stąd do małego/wielkiego odkrycia, iż nie rozchodzi się wcale o tekst – najważniejsze by użyć swoich ulubionych słów oraz odgłosów, czyli „party, wo-oh, yeah”, a reszta sama się dopisze, to jest zrobi to kilku równie zdolnych tekściarzy.

Piosenkarka nie zostaje obojętna na nowe trendy w muzyce popularnej, która w tym przykładzie jest także taneczna i uwikłana w elektronicznie, męczące brzmienie. Utwór zaczyna się następującym cukierkowym wyznaniem: „Oh I love it”, podczas gdy ekspresja wokalna Paris jest w dużym podobieństwie z piosenką Aqua – Barbie Girl. Podbić samotnie listy przebojów jest trudno, zwłaszcza gdy śpiewać się nie potrafi, dlatego doklejenie do jakże cukierkowego obrazka rapera Lil Wayne’a, którego umiejętności zostały zrównane do poziomu wokalistki, wydaje się być wyłącznie tym uzasadnione. Wiele bólów i poświęceń kosztuje przesłuchanie tego utworu w całości. Ewentualne wytchnienie przychodzi tylko w odcinkach refrenowych, które w porównaniu do masywnych, niemalże house’owych zwrotek, prezentują się w delikatnych rysach „instrumentalnych”. W ostateczności trudno się zdecydować, czy to głos wokalny, czy może „instrumentacja” powoduje zapalenie uszu?

Teledysk pasuje nad wyraz do całości. Paris w skąpych ciuszkach, romantyczny zachód słońca, basen pękający w szwach od ilości osób w nim przebywających oraz obowiązkowo sceny pokazujące wokalistkę ociekającą wodą… Tradycja tworzenia wideoklipów została zachowana na wysokim poziomie hollywoodzkich wzgórz.

Do trzech razy sztuka. Ostatnią próbę (pod)bicia świata podjęła Rebecca Black, uznana za najmniej lubianą nastoletnią gwiazdę w sieci. Siódmego grudnia Black wydała godnego następcę utworu Friday, otóż po piątku przyszedł czas na kolejny dzień tygodnia – Saturday, czyli sobotę. Co się zmieniło w ciągu „jednego dnia” w życiu Rebecci Black? Prócz tego, że stara się zapomnieć o piątku, jak śpiewa – nic więcej nie uległo zmianie.

W krótkim czasie trwania kariery Black, ukształtował się charakterystyczny styl pisania tekstów piosenek, adekwatnych do wieku kilkulatka. Zarówno Friday jak i Saturday opisują poszczególne czynności życia codziennego „krok po kroku”. Można dowiedzieć się na przykład, o której wokalistka wstaje oraz co robi na chwilę przed wyjściem na imprezę, będącą głównym punktem dnia, do którego dąży Rebecca w swoich dwóch powyższych utworach. Black jest współautorką tekstu Saturday, który swoją formą przypomina szkolne opowiadanie pod tytułem „co dzisiaj robiłaś/robiłeś?”.

Piosenkarka zaprosiła do udziału w śpiewaniu piosenki równie błyszczącą gwiazdę Internetu co ona – Dave’a Daysa, który nawet swoim aksamitnym głosem i starannie ułożonymi włosami nie potrafił odwrócić uwagi od (nie)talentu Rebecci. Jej żarliwe pragnienia, by sobota nigdy się nie skończyła, są nie do zrealizowania, bo z takim przebojem to koniec bardziej bliższy niż daleki.

W odróżnieniu od wcześniej wspomnianych utworów, brzmienie Saturday jest skromniejsze, powściągliwie, przypominające swoją niewinnością wczesne dokonania Britney zza czasów przynależności do klubu Disneya. Przetarte, jeśli nie wytarte do cna schematy kształtujące przebieg muzyczny, nie przeszkadzają Black, która śmiało korzysta z tych zdobyczy. Zwrotki mają na celu budowanie napięcia przez powtarzalność pewnego motywu: gdy kończy się dana fraza słowna, następuje chwilowe zmniejszenie dynamiki, po czym pojawia się groteskowa kulminacja w refrenie. Z jednej strony przeraża pospolitością, z drugiej bawi swoją naiwną prostotą i nadmiernym podobieństwem do zwrotek. Jak się tworzy hity na miarę Rebecci Black? Wystarczy najprostszy keyboard z niewielką ilością funkcji oraz niczym nieograniczona ułańska fantazja. Oto przepis na pełnowartościowy sukces.

Teledysk od początku utrzymuje widza w napięciu, którego nie powstydziłby się Hitchcock. Dramatyzm podbudowują sceny, kiedy wokalistka je płatki, siedzi na deskorolce, przebywa z przyjaciółmi na plaży, by mając na nosie okulary w końcu pojawić się w drzwiach, gdzie właśnie odbywa się wymarzona impreza. Wszystkie oczy spoglądają tylko na wokalistkę  – od tej chwili zaczyna się dopiero prawdziwa prywatka, bo bierze w niej udział Rebecca.

Liczby rosną wprost proporcjonalnie do zdobytej popularności przez wyżej wymienione wokalistki, jednak należy pamiętać, iż nie wszystko co się świeci jest złotem. Czasem to tylko brokat i cekiny.

P.S. Wyrazy użyte w tekście takie jak „wokalistka”, „piosenkarka” itp. proszę traktować ze sporym przymrużeniem oka.

Adrian Matuszak


1 Chcesz gorącego ciała?/ Chcesz Bugatti?/ Chcesz Maserati?/ Lepiej pracuj, s**o!
Chcesz Lamborghini?/ Sączyć Martini?/ Wyglądać gorąco w bikini?/ Lepiej pracuj, s**o!

Obraz w tle: zdjęcie promujące album In the Zone (2003) Briney Spears

Reklamy

Jedna myśl na temat “Cekiny na wagę złota”

  1. Ale Britney nadąża za czasami, które są pełne pracy, ludzi pracujących i poszukujących pracy. Praca, praca w dodatku to pragnienie bogactwa, osiągnięcia czegoś… Już widzę, jak ludzie korpo pracy puszczają sobie ten utwór jadąc do niej rano.

    Good time Hilton to jest jak Friday Rebecci Black, jej dorosłą wersją.

Dodaj donos

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s